A Ty kogo widzisz patrząc w lustro?


Pamiętacie jeszcze mój tekst o tym kiedy przestajemy czuć się bezwartościowi? Dziś mija już ponad rok od jego publikacji, a po tamtym stanie, który towarzyszył mi w trakcie pisania owego artykułu, nie został nawet ślad. Dziś znów jestem kupą gówna. Tyle że dziś bardziej obojętną na wszystko, co ja otacza zewsząd. 

Nie jestem typem człowieka, który lubi sobie usiąść wieczorem z kubkiem kakao w ręku i użalać się nad sobą oraz nad światem. Bo świat jest przecież zły, a mnie nikt nie lubi. Jestem raczej z tych, którym marzy się wolność szeroko pojęta. Czasem widzę siebie gdzieś daleko. Na łonie dzikiej natury. Nie interesuje mnie to, jak się tam znalazłam, czy stać mnie było na tę podróż, czy jestem w stanie tam przeżyć więcej niż godzinę i wreszcie, nie interesuje mnie nawet czy takie miejsce istnieje. Bo kim jestem, żeby tam dotrzeć? 

Jak tak pomyślę, to w zasadzie całe moje życie składało się tylko ze szkoły i z domu. Jako środki transportu do ukochanych miejsc, które kiedyś chciałabym zwiedzić, służyły mi książki i muzyka. Dalej lubię słuchać muzyki. Wtedy jestem fajna. Wiecie. Mam długie rude włosy (naturalne, oczywiście), figurę Chodakowskiej i umiem się posługiwać bronią białą. Mój facet jest superumięśniony, ma czarne przydługie włosy, brązowe oczy, mnóstwo tatuaży i na imię Grzegorz. Tak sobie wymyśliłam. I wtedy jest dobrze. Czasem też nawiedza mnie wizja, w której uderzam prosto w nos denerwującego mnie idiotę. A potem zdejmuję słuchawki i znów jestem nic niewartą 20-letnią dziewczyną, która studiuje mało opłacalny kierunek. Teraz tylko jakby mniej mnie to obchodzi. 

Jeszcze rok temu obchodziłoby bardziej. Każda najmniejsza krytyka by mnie dotknęła. Nie zliczę nocy, które przepłakałam, bo nauczycielka języka niemieckiego nie chciała postawić mi trójki na koniec. Czy teraz to takie ważne? 

Widziałam dzisiaj post na tablicy fejsbukowej. Gość całkiem do rzeczy, z mojej miejscowości szuka kompanki na tripa autostopowego. Gdzieś po Polsce. Do końca sierpnia. Długo biłam się z myślami i ostatecznie siedzę tu. Sama. W domu. I łudzę się, że napiszę jakiś przełomowy tekst, który zaskarbi mi dozgonną miłość fanów. Po prostu nie znacie jeszcze mojego potencjału, ot co. 
Problemem w zasadzie nie był brak czasu, czy odwagi. Ja zwyczajnie nie widzę w sobie nic, co mogłoby uchodzić za interesujące. Nie wiem co mogłabym powiedzieć, czym zabłysnąć, czym kogoś rozśmieszyć. Nie jestem fajna. Wiem o tym.

Pamiętam takie psychologiczne gierki w gimnazjum, podczas których to pani pedagog kazała nam wymienić, dajmy na to, 5 swoich cech charakteru, które możemy uznać za interesujące. Do tej pory mam problem z wymieniem co najmniej dwóch. I to bynajmniej nie dlatego, że ich nie mam. Jakieś tam posiadam, ale czy są one interesujące? Kiedy powiem, że umiem pisać, jestem zabawna, rozwiązałam zagadkę Einsteina, umiem powiedzieć po szwedzku 'dzień dobry' albo zrobić idealną owsiankę, coś się zmieni? Czy te cechy naprawdę są 'kól'? Przecież zagadka Einsteina wcale nie jest taka trudna, a idealną owsiankę potrafi zrobić każdy głupi. 

Czasem przyłapuję się na tym, że nie lubię być sobą. Choć do końca nie potrafię powiedzieć dlaczego. Twierdzę, że jestem brzydka, ale nie potrafię wymienić rzeczy, które 'estetycznie' chciałabym zmienić. Bo z reguły wszystkie te rzeczy są ok. To razem tworzą coś, na co czasem trudno mi jest patrzeć. Dlatego tak bardzo wielbię swoją perukę. Lubię ją zakładać, bo wtedy wydaje mi się, że jestem kimś innym. Nie jestem sobą, a więc nie mam tez powodu, żeby siebie nie lubić. Tak więc chowam się za różowym sztucznym włosiem. Gdybym umiała się malować, pewnie chowałabym się również za wieloma warstwami mascary, pudru i szminki i różu i cieni. Zamiast makijażu stosuję więc zasłonę dymną z charakteru. I jestem niemiła. Przecież nikt nie lubi niemiłych ludzi. Ale też nikt nie chce ich skrzywdzić.

W ciągu mojego 20-letniego życia spotkałam mnóstwo 'specjalistów', którzy uważali, że mnie rozgryźli, że mnie znają i ogólnie wiedzą co mi w duszy gra. Na pewno moje dzieciństwo nie było wcale takie radosne, jak pamiętam. 

W zasadzie wszystkich tych specjalistów traktuję z przymrużeniem oka. Bo nikt nie jest w stanie pocisnąć mi bardziej niż ja sama. 

To doprawdy wielki dramat być wrogiem samego siebie. To doprawdy wielki dramat każdego dnia zabijać się na nowo.


Komentarze

Popularne posty